Transport w Tajlandii czyli nie daj się naciągnąć

Z Bangkoku chcę się dostać Ayutthaya. Pierwszy napotkany na Khao San Road gość proponuje transport busem za 250 bahtów. 250? Prezcież to tylko 70km. Poszukam dalej. Zaczepia mnie Tuk-tukciarz. Mówi, że zabierze mnie za 5 bahtów do placówki Tourism Authority of Thailand i tam mi załatwią transport. Gość wygląda mi bardzo podejrzanie zwłaszcza, że zaproponował tak niską cenę. Olewam go. Zaczepia mnie jakiś starszy gość, wygląda normalnie. Też wspomina o TAoT. Dobra, pojadę tam. Jak tylko podszedłem pod placówkę od razu ktoś otwiera mi drzwi i zaprasza do środka. Super klimatyzowane pomieszczenie z kilkoma pracownikami przy biurkach. Żadnych interesantów, każda kolejna osoba przekazuje mnie do kolejnej aż w końcu trafiam do gościa siedzącego przy biurku na samym końcu. Dobrą angielszczyzną pyta się gdzie jadę.

– Chcę jechać do Ayutthaya. Macie jakieś busy?
– Tylko do Ayutthaya? A potem?
– Potem do Chiang Mai.
– Chiang Mai? Proponuję Ci nocny pociąg do Chiang Mai. W drodze powrotnej możesz wysiąść w Ayutthaya.
– Nie, ja chcę najpierw do Ayutthaya.
– OK. To pociąg do Ayutthaya a następnego dnia nocny pociąg do Chiang Mai.
– Może być.
– To wyniesie tyle…
I tu wybija na kalkulatorze jakąś cenę z kosmosu.
– Przepraszam. Czy nie wklepał Pan o jedno zero za dużo?
– Nie, to cena za nocny pociąg.
– Ale przecież to nie powinno tyle kosztować…
– Ok, zniżka specjalnie dla ciebie.
Obniżył cenę o napiwek…
– Ale to nic nie zmienia. Nadal za drogo.
– Wiesz jakie są ceny za transport do Chiang Mai?
– Wiem. Na Khao San są busy za 400 bahtów.
– Ok, w takim razie wracaj na Khao San i jedź busem. Goodbye!
Zgniata kartkę z notatkami i wyrzuca do kosza.
– Goodbye.

W porządku gość. Widząc, że mnie nie naciągnie zaoszczędził sobie i mnie czas.
Nagle przypomniał mi się Chińczyk, którego pierwszego dnia poznałem w Chinatown (tak, zacząłem zwiedzać Tajlandię od Chinatown). Powiedział mi, że busy na północ odjeżdżają z pod Victory Monument.
Łapię tuk-tuka.

– Zawiezie mnie tam Pan za 50?
– 50? za 200!
– 70.
– 150.
– Taksówka będzie mnie kosztować 70!
– No to jedź taksówką. Bye!
– Bye!

Zamiast wdychać spaliny w Tuk-Tuku, pojechałem klimatyzowaną taksówką za 75 bahtów.
Nie minęło 5 minut jak znalazłem busa do Ayutthaya za 60 bahtów. Jechałem z samymi Tajami, stąd taka uczciwa cena.
W Ayutthaya na dworcu kupiłem bilet na nocny pociąg do Chiang Mai za cenę 7 razy niższą niż proponował mi gość w TAoT.
Nie dać się naciągnąć w Tajlandii to niezła sztuka.
Ktoś się zapyta: dlaczego nie pojechałeś stopem?
Odpowiedź jest prosta: nie chciało mi się stać w upale nie wiadomo gdzie w Bangkoku, który się nigdy nie kończy. Przy tak niskich cenach transportu na dalekie odległości autostop traci sens. No i czasu też nie mam za wiele. Na krótkie odległości za to sprawdza się znakomicie, ale o tym kiedy indziej.

Pierwsza noc w Bangkoku

Po prawie 12 godzinach lotu, 8000km w powietrzu, dwóch całkiem niezłych posiłkach i jednym filmie wylądowałem w Bangkoku. Różnica temperatur między Tajlandią a Polska: 45 stopni. Mnie się to podoba. 35 Bahtów za AirportLink i już jestem w mieście. Poruszanie się po mieście to czysta przyjemność: ruch lewostronny, brak sygnalizacji świetlnej dla pieszych a komunikacja tańsza niż barszcz. Albo niż Tom Yum, w końcu jestem w Tajlandii. Są tu wszystkie rodzaje transportu (oprócz tramwajów!!) jakie znam. Do wyboru do koloru. Znalezienie Hostelu zajęło mi godzinę. Nie dlatego, że nie mogłem go znaleźć – jest ich tu pełno na każdej ulicy. Problem był, że przyjechałem późnym popołudniem jak już wszystko oblężone przez backpackersów. Za 250 bahtów (około 27zł) dostałem pokój przypominający więzienną celę. Zamiast szyb deski a zamiast krat moskitiera. Wielkie twarde łóżko, wiatrak głośny jak odkurzacz, brak prądu, prysznic tylko z zimną wodą (w taki skwar po co komu ciepła woda?) no i kibel typu „na Małysza”. Jednak to wszystko to w Tajlandii standard. Na prawdę nie ma co narzekać. Nawet bym powiedział, że to mi się podoba :). Cenę mogłem negocjować, bo za tanio to nie było…

Zima

W życiu każdego autostopowicza przychodzi w końcu taki dzień, kiedy musi zmierzyć się z największym złem natury: ZIMĄ. Mój pierwszy raz był w 2010 roku gdy wybrałem się na zorganizowany Sylwester autostopowiczów do Barcelony. W przeciwieństwie do reszty byłem wygodny – do Barcelony poleciałem samolotem. A co tam, tanie loty są po to by ułatwiać sobie życie. Z powrotem jednak o samolocie nie było mowy. Pojechałem stopem. Okazało się, że zima nie jest wcale taka zła a ludzie biorą chętnie. Wróciłem do domu cały i nic sobie nie odmroziłem. Nie lubię jednak być ubranym jak cebula tak, że kierowca nie widzi czy jestem człowiekiem czy jakimś monstrum. Nie lubię krótkiego dnia gdy tuż po obiedzie robi się ciemno i z łapania zazwyczaj już nici. Perspektywa stania na mrozie kilka godzin też do przyjemnych nie należy. Poza tym zima dla mnie jest niefotogeniczna. Wszystko biało-szare i ponure. Dlatego w ramach osobistej walki z zimą i perspektywą siedzenia w miejscu gdzie na najbliższe dni zapowiadają -30 stopni, wylatuję tam gdzie jest +30. Wy sobie marznijcie. Ja wolę się gotować. O!

PS. Tak, to blog reaktywacja.

Ostatnie pół roku

W drodze na NordkappJuż niedługo minie pół roku od mojego przyjazdu do Norwegii i muszę przyznać, że było to najlepiej wykorzystane pół roku w moim życiu. Co prawda przez ostatnie 2 miesiące NIC się nie działo ale z tego co było wcześniej – niczego nie żałuję. Na początku podróż to była jedna wielka niewiadoma. Czas jednak poskładał wszystko w całość tworząc półroczny „Norwegian Trip”. Tak wyglądał w skrócie:

Etap I: Na północ! (29 czerwca – 20 lipca)
Głównym celem był Nordkapp i koło podbiegunowe. Chodziło o to by przejechać cała Norwegię wzdłuż (wszerz niekoniecznie się da ;)). Jechałem powoli, zaliczając co tylko możliwe po drodze. Gdy opuszczałem Polskę było około 20 stopni. Przylatując do Norwegii zastałem +30. To było pierwsze zaskoczenie. Gdy szedłem w góry Rondane, jeszcze z 20-kilogramowym plecakiem, myślałem „jak to fajnie by było, być już za kołem podbiegunowym”. Szedłem w góry a jednocześnie chciałem jechać dalej. Ciągnęło mnie jak najdalej w nieznane, ku przygodzie. Nie rozumiałem, że w końcu i tak na wszystko przyjdzie czas. Gdy dotarłem za koło podbiegunowe, zostałem ponownie zaskoczony. Północ okazała się zupełnie inna od tego czego się spodziewałem. Myślałem, że będzie tu „inny świat” a okazało się, że jest tak samo jak na południu, tylko mniej ludzi… ale za to jacy! To właśnie północ najmilej wspominam z całego wyjazdu, przede wszystkim dzięki poznanym tam ludziom. Nordkapp i Lofoty to miejsca, które przyciągają wyjątkowe osobistości. Nawet komercjalizacja tego nie zniszczy. I niech tak pozostanie.

Etap 2: Szukanie pracy (21 lipca – 30 lipca)
Po Nordkappie przyszedł czas na znalezienie pracy. Trwało to 10 dni. To były chyba najtrudniejsze dni w całej wyprawie. Gdy budżet przeznaczony na podróż topniał z dnia na dzień nie wiedziałem jak to się skończy. 10ego dnia zostałem z dwiema koronami przy duszy. Wtedy los uśmiechnął się do mnie i mnie uratował.

Etap 3: Nusfjord (30 lipca – 21 września)
Życie na pewno nie jak w Madrycie ale jak na Lofotach. Daleko do sklepu, zmienna pogoda, masa turystów i piękne widoki. Ponad miesiąc i w zupełności wystarczy.

Etap 4: Na południe! (22 września – 9 października)
Zaczyna się robić ciemno więc czas ruszać w stronę światła. Kryzys pogodowy daje o sobie znać. Robi się też co raz zimniej. Ja na zimę nie przygotowany ale twardo jadę dalej. Co raz więcej myślę o powrocie do Polski. No ale przecież wcześniej trzeba dojechać na lotnisko i tak. Po drodze zatrzymuję się w Førde u znajomego i… zostaję tu na ponad 2 miesiące. Znowu praca…

Etap 5: Førde (9 października – 21 grudnia)
Nic ciekawego :).

Dzisiaj wracam do Polski. Do Norwegii na pewno jeszcze wrócę i to prawdopodobnie już za kilka miesięcy. Nadal są miejsca, w których jeszcze nie byłem a które koniecznie chcę odwiedzić. Nadal mam powody by tu wrócić. Myślę, że spokojnie mogę dodać na blogu nową kategorię: „Norwegia”.

Ucieklem na poludnie

Pozegnanie kola podbiegunowego Trudno mi w to uwierzyc ale za kolem podbiegunowym bylem ponad dwa miesiace. Gdy w polowie lipca przybylem na Lofoty bylo piekne lato i dzien polarny, teraz jest juz porzadna jesien a noc wydluza sie o 2godziny/tydzien. 20ego pazdiernika bedzie juz noc polarna. Dlatego postanowilem ruszyc na poludnie. Sezon turystyczny sie juz dawno skonczyl, temperatury coraz nizsze wiec i z lapaniem stopa coraz gorzej idzie. Jednak bez problemu dojechalem w dwa dni z Lofotow do Trondheim. Dwa lata temu gdy przybylem do tego miasta, po 10 minutach mialem juz nocleg. Tym razem – tak samo! Co prawda wiedzialem gdzie go szukac ale pewny niczego nie bylem. Trafilem na plebanie jedynego kosciola katolickiego w miescie. Jak tylko zapukalem ksiadz Alpio z Filipin od razu zaprosil mnie do srodka zanim jeszcze zdazylem powiedziec czego tu szukam. Bez zadnych problemow zaoferowal mi pokoj. Nastepnego dnia (w niedziele) poznalem ksiedza z Polski, polska emigracje, Filipinczykow, Wietnamczykow i goscia z Erytrei, ktory zachowywal sie jakby co dopiero z dzungli wyskoczyl. Sa ludzie – sa kontakty – jest wesolo.

A wczoraj byl dzien wyjatkowy – moje pierwsze urodziny poza Polska. Bylo skromnie ale przyjemnie…

Nusfjord

Jesli chodzi o najciekawsze wioski na Lofotach to Nusfjord jest na pewno jedna z nich. Skrecajac na poludnie od glownej drogi E10, wsrod skalistych fiordow lezy ta malutka rybacka wioska, ktora w lato tetni zyciem dzieki turystom a zima dzieki rybakom, ktorzy zatrzymuja sie tu na czas zimowych polowow. Latem zjezdza tez troche Norwegow do swoich „summer houses”. Stalych mieszkancow jest niewiele. Jednym z nich jest Michele, wloski artysta, rzemieslnik, ktory prowadzi sklep i galerie z wyrobami ze srebra. Przewodniki „Lonely Planet” polecaja go jako najciekawsza atrakcje w calej wiosce. To wlasnie u niego mam okazje mieszkac i pracowac. Jest tu rowniez doktor, policjant i piekarz o ponad stuletniej tradycji.

Jako ze spora czesc powierzchni wioski stanowi skansen, to tubylcy wpadli na pomysl jak mozna dodatkowo zarobic i tak jak na Nordkappie wprowadzili oplate za wstep (50 NOK) podczas sezonu. W lipcu jest „promocja” i wstep jest za darmo, jednak kazdy z odrobina percepcji znajdzie sposob jak wejsc do wioski omijajac oplate. Z reszta i tak jest ona obligatoryjna bo nikt specjalnie „gapowiczow” nie sciga nawet jak wejda oficjalnym wejsciem.
Nie polecam robic zakupow w tutejszym sklepie – wszystko poza pamiatkami jest dwa razy drozsze niz w normalnym sklepie gdzies w miescie. Nawet nocleg w rorbu (rybackiej chatce) kostuje bagatela 1000 NOK/dobe.

Okolice wioski zachecaja do krotkich wedrowek jednak nie wszystkie szlaki naleza do latwych. Ponizsze zdjecia z mojej wyprawy w gory radze ugladac uwaznie gdzyz kosztowaly mnie kilka siniakow i zadrapan ;).

Jak szukałem pracy

Po opuszczeniu Nordkappu zdecydowalem sie od razu poszukac pracy by podreperowac budzet. Z Sarnes pojechalem do Kautokeino (jednym stopem!). Miasto pelne zyczliwych ludzi i… komarow. Ilosc latajacego paskudstwa w powietrzu przekracza wszelkie dopuszczalne normy miejskie. Kemping byl pierwszym miejscem gdzie spytalem sie prace i od razu szefowa probowala pomoc. Obiecala, ze zadzwoni do znajomego czy ma cos dla mnie. W miedzyczasie poczestowala obiadem. Niestety, okazalo sie ze nic dla mnie nie ma ale na czas mojego pobytu w miescie pozwolila korzystac z kempingu za darmo. O godzinie 20:00 zaprosila do lavuu (Samowego namiotu) na kawe i chleb pieczony na ognisku. Polnocno-wschodni obszar Norwegii w wiekszosci zamieszkuja Samowie (potocznie: Laponczycy). Przez to, ze Kautokeino (Guovdageaidnu) lezy blisko granicy szwedzkiej i finskiej sporo ludzi starszego pokolenia potrafi rozmawiac nawet w czterech jezykach i zadnym z nich nie jest angielski!

Lavuu

Po 2 dniach pojechalem do Karasjok. Rowniez tam nic nie znalazlem choc ponownie ludzie z kempingu probowali mi pomoc. Jeszcze tego samego dnia wrocilem do Kautokeino. Nastepny dzien to byla sobota – slaby dzien do szukania pracy wiec postanowilem pojechac w strone Narviku przez Finalndie i Szwecje. Ruch w strone Finlandii bardzo maly ale po godzinie zlapalem stop do granicy finsko-szwedzkiej. W Szwecji jak to w Szwecji, nie bardzo chca brac wiec swoje odstalem az zatrzmali sie Francuzi. Pozniej zatrzymal sie Szwed, Estonczyk i Norwedzy. Z Norwegami dojechalem do Bjerkvik. Niedziela, wszystko zamkniete poza stacja beznynowa. Pomyslalem, ze nie ma co tracic czasu na tym przejazdowie i postanowilem pojechac na wyspe Senja. Ludzie polecaja, przewodniki tez a przy okazji moze jakas praca sie znajdzie.

Najpierw wyladowalem w Botnham. Dostalem cynk do szefa fabryki rybnej, ktory trzesie cala okolica ale pracy dla mnie nie mial. Zawiozl mnie do Husøy, bardzo ciekawie polozonej wioski rybackiej ale tam tez szczescie mi nie dopisalo. Na noc wyladowalem w Mefjordvær. Piekne miejsce, bardzo podobne do Lofotow. Nie bez powodu Senja nazywana jest „Norwegia w pigulce”.


Kolejnego dnia udalem sie do Gryllefjod – wioski na koncu wyspy. Przebiega tedy „Whale Route” przez co przejezdza tedy bardzo duzo turystow, ktorzy dalej promem zmierzaja do Andenes na wyspie Andøya. Po raz kolejny ludzie skierowali mnie do bosa wioski, ktory napewno bedzie mial dla mnie prace ale i on nie byl mi w stanie pomoc. Mialem juz tego dosyc. Ciagle ludzie staraja sie pomagac i ciagle nic.
Jade ponownie na Lofoty bo tam pracuje mnostwo Polakow. W Bjerkvik zalaplem goscia co jechal do Harstad. Zapewnial mnie ze w tym miescie na pewno cos znajde. Tak… problem tylko w tym, ze nie lubie duzych miast jako autostopowicz. Inny problem to taki, ze w takim miescie zle sie czuje i kompletnie nie wiem jak tam szukac pracy, gdzie pojsc, gdzie zapytac, wszyscy gonia w swoja strone a zeby poskladac CV, pochodzic po firmach i NAVach to trzeba zatrzymac sie na troche dluzej niz jeden dzien a ja noclegu zapewnionego nie mialem. Poddalem sie i wyjechalem z Harstad nastepnego dnia rano.

Dokad pojechalem? Na mojej mapie mialem zaznaczona jako bardzo ciekawa atrakcje turystyczna, wioske rybacka Nusfjord. Nie bylem tam wiec przy okazji ja sobie zwiedze. Spodziewalem sie jakiejs zapuszczonej starej wioski w ogole nie tetniacej zyciem a to sie okazuje ze ta wioska to jakby skansen i jednoczesnie noclegownia turystyczna. Chodzac po wiosce zauwazylem nie dokonca pomalowany dom. Od razu poszedlem zapytac czy nie potrzebuje ktos pomocy. I…?
Nastepnego dnia juz pracowalem…

W szukaniu pracy pomagalo mi mnostwo ludzi w przeroznych miejscach. Mialem bezposrednie kontakty do waznych osobistosci, kierowcy wydzwanili po swoich znajomych, czasami nawet nadrabiali kilometrow zeby mi pomoc a w kilkunastu miastach zostawilem ogloszenia w supermarketach.
Trwalo to 10 dni.
Ostatecznie prace i tak znalazlem sam…

To my, szaleni…

Wiadomo po co sie podrozuje: zeby zdobywac nowe doswiadczenia, horyzonty, poznawac ciekawych ludzi…ale czy wszedzie znajdziemy to czego szukamy? Na pewno nie, ale sa takie miejsca, ktore przyciagaja niezwyklych ludzi. W takie miejsce wlasnie trafilem. Sarnes, 10km przed Honningsvåg, malutka wies, zwyczajna norweska chatka. Chatke ta zamieszkuje Arnt z CS. Ludzie wala do niego oknami i podziemiem. Prawie codziennie nastepuje wymiana gosci. Przyjezdzaja tu ludzie zwyczajni jak i szalency. Szaleni w pozytywnym tego slowa znaczeniu.
Jest tu Francuz Alain, ktory od 32 lat podrozuje po swiecie bez grosza w kieszeni. Glownie pieszo ale czasami tez rowerem i autostopem. W 1978 opuscil Francje i od tamtej pory jest ciagle w drodze. Ostatni jego wyczyn to dojscie na Nordkapp z Helsinek w 101 dni (link). Teraz przystanal tutaj by pomoc w renowacji domku.
Jest tez Japonczyk Rin, ktory od 3 lat jezdzi rowerem po swiecie (link).
Jest tez moj imiennik z Polski, ktory postanowil rzucic dobra prace w Warszawie by w 2 lata okrazyc swiat autostopem (link).
W miedzyczasie wpada Rumun Tommy, rowniez autostopowicz. Podrozuje po Europie juz pare lat, pracujac w miedzyczasie.
Wczoraj opuscil nas Argentynczyk Miguel, artysta ktory juz dawno nie byl w swoim kraju.
I jeszcze ja, ktory nie wie co jeszcze przede mna…
Kazdy z nas to inna historia, inne marzenia, inne idealy ale wspolny cel: podroz, przygoda i niepewnosc tego co bedzie jutro. Kazdy z nas wybral taka droge dobrowolnie, kazdy wyznacza sobie nowe „przeszkody”. Przebywanie w takim towarzystwie pomaga mi zrozumiec, ze przeciez nie jestem sam, nie jestem JEDYNY, ze tak naprawde mozna zyc! Wspolne wypady na ryby, gotowanie, pomoc w sprawach domowych oraz spontaniczne wypady na pobliskie gory – to to co nas laczy tutaj. Przyciagnal nas tu Nordkapp. Kiedy kazdy ruszy dalej w swoja strone rozdzieli nas przeznaczenie, ale jedna rzecz pozostanie w nas ta sama: WOLNOSC!

Tak, to my… szaleni…

Nordkapp, Kinnarodden, Knivskjellodden

Czyli jak to jest z tymi przyladkami…

Nordkapp: najbardziej popularny i znany jako „Przyladek polnocny”. Nie jest najbardziej wysunietym punktem Europy w zadnej kategorii. Jego popularnosc wynika z dobrego dojazdu i atrakcyjnego polozenia.
Kinnarodden: najdalej na polnoc wysuniety punkt kontynentalnej Europy. Znany tez jako Nordkinn. 2 dni drogi od najblizszej wioski czyni go dla zwyklych turystow calkowicie niedostepnym.
Knivskjellodden: najdalej na polnoc wysuniety punkt Europy. Lezy na tej samej wyspie co Nordkapp ale siega 1,2 km dalej. Dojsc mozna na niego pieszo od drogi E69. Trase mozna pokonac w dwie godziny. Wybralem sie tam wczoraj. Wycieczka okazala sie ciekawsza niz na Nordkapp. Po dojsciu na sam przyladek wpisalem sie do „Ksiegi zdobywcow”. Od kwietnia ’09 do ksiegi wpisalo sie ponad 800 osob.

Podróżuj! Śnij! Odkrywaj!