Wszystkie wpisy, których autorem jest Marek

Od morza do morza

6  sierpnia 2007 – Opuszczam te okropne Władysławowo i jadę do Ustki. Wyjechać z tego okropnego miasta oczywiście nie jest łatwo. Na drodze wylotowej wszędzie zakaz zatrzymywania się (oprócz przystanków autobusowych ale bez sensu się łapie stopa w środku miasta), więc trzeba wyjść całkowicie za miasto. Szukając dobrej pozycji na łapanie doszedłem aż do cmentarza poległych mieszkańców zabitych przez hitlerowców w czasie II wojny światowej. Po jakiś 10 minutach zatrzymał się starszy pan i zawióżł mnie do Redy. Tam wyszedłem na dwupasmową drogę – myślałem, że będzie ciężko coś złapać bo bardzo szybko jeżdżą i najczęściej lewym pasem. Stoję już jakieś 5 minut, nie zdążyłem jeszcze wyciągnąć ręki a już widzę, że jakiś TIR zjeżdża na pobocze. Wsiadam. Kierowcą okazał się sympatyczny metal, który podwiózł mnie do Wejherowa bo tam będzie mi lepiej łapać. Czy ja wiem… Stałem godzine w pełnym słońcu (nie dość, że juz i tak byłem spalony), jedynie za wiatą przystanku było troche cienia i to mnie chyba uratowało. To było najgorsze łapanie stopa jakie mogło mi się przytrafić. Złapaną okazją dojechałem aż do Słupska. Tam pożywiłem się w barze mlecznym Maja (polecam) i wyruszyłem na polowanie w stronę Ustki. Kilka minut i zatrzymał się stary Ford cabrio. I kolejny raz mi się poszczęściło. Damian (kierowca) opowiedział mi trochę Ustce, co warto zobaczyć i wysadził mnie w Grabnie (trochę przed Ustką) skąd odchodzi droga na Przewłokę – tam kumpel Wojtek ma stadnine koni. Nie wiedząc, że tak szybko się tu znajdę dzwonię do niego dopiero teraz. Zaskoczony jednak załatwia mi u siebie nocleg (dzięki!).

Dalszy ciąg jutro…

Welcome to Hel(l)

Hel - latarnia morska5 sierpień 2007 – O 7 wyszedłem z domu i pojechałem do Gdańska nad Motławę kupić bilety na tramwaj wodny. Byłem jakiś 40 w kolejce. Gdy byłem 15 okazało się, że biletów na 8:30 już nie ma :(. Razem w Bogusławem podjęliśmy decyzję, że jedziemy do Sopotu i stamtąd o 11 na Hel. Byliśmy na miejscu o 9 (9:30 otwierają kasy) i sytuacja podobna jak w Gda – kolejka długa a później okazuję się ze na 11 już też bilety się skończyły. Pozostaje jechać o 15. Niestety sam. Ale… O godz 11 weszliśmy na molo z nadzieją, że może jakieś „koniki” będą sprzedawać bilety. Nie było. Tuż przed odpłynięciem promu spytałem biletera czy znalazłoby się jeszcze miejsce dla nas. On bez wahania odpowiedział „Jasne! Wsiadajcie!”. Oczywiście bez biletów :D. W ten sposób złapaliśmy pierwszego stopa :). 1.5h później byliśmy już na Helu. Fotki można obejrzeć TUTAJ. O 15:30 Bogusław chciał wracać do Gdańska ale biletów oczywiście już nie było. I tak samo jak w tą stronę udało mu się złapać prom na stopa :).
Zostałem sam. Najpierw szukałem jakiegoś transportu wodnego do Ustki albo ewentualnie Władysławowa ale wszystko pływa tylko po zatoce gdańskiej albo wokół cypla. W takim razie poszedłem na wylotową drogę z Helu. Nie minęło 10 minut i już zatrzymał się Fiat Cinquecento z młodym małżeństwem. Podwieźli mnie do Władysławowa (jechali do Gdańska). To był mój błąd ale o tym w następnym wpisie. Władysławowo = koszmar! Ile tam ludzi i samochodów… Plaże pełne, uliczek dużo i wszędzie masa ludzi, wlotowe drogi całkowicie zakorkowane (jakieś 5km przed samym miastem) a ceny to wszędzie jakby z kosmosu. Dlatego udałem się trochę dalej do Chłapowa. Mniej ludzi, taniej i przyjemniej. Chciałem dojechać jeszcze do Jastrzębiej góry ale już nie miałem sił to zatrzymałem się tutaj.

Tak minął pierwszy dzień podróży.

W Polskę jedziemy…

…drodzy panowie! To już dziś. Dziś opuszczam Gdańsk i jadę w Polskę! Najpierw promem na Hel – i tu wielka niewiadoma – czy o 8:30 z Gdańska czy o 11 z Sopotu, bo nie wiadomo czy załapiemy się na bilety. Wczoraj po 14 wszystkie bilety z przedsprzedaży zostały wysprzedane, więc dziś będzie trzeba koczować od 7:30 przy kasach i bić się o bilet. Po wizycie na Helu wybieram się do Ustki. Czy się uda? Zobaczymy!

Opuszczone miasto Kłomino

Około 30 kilometrów na południe od Bornego-Sulinowa w powiecie szczecinieckim, w miejscowości Kłomino w latach 30-tych ubiegłego wieku powstała niemiecka jednostka wojskowa. Stacjonowały tu oddziały Służby Pracy, a później zorganizowano obóz jeniecki. W 1945 r. terenem zawładnęli Rosjanie. Po przejęciu przez Rosjan, wybudowano bloki, garaże, koszarowce, sklepy i kino. Powstało niemal samowystarczalne miasto. W tym czasie rozebrano 50 budynków poniemieckich, by odzyskać cegłę do budowy Pałacu Kultury i Nauki w Warszawie. Do 1992 roku miasto było bazą Armii Czerwonej i podlegało jej administracji (nie było go na mapach Polski). W 1992 roku Rosjanie odeszli, a w zasadzie uciekli, pozostawiając jednostkę wojskową w stanie nienaruszonym – w magazynach były pełne półki części do czołgów – w garażach Uaz-y i Ził-y a w prywatnych mieszkaniach stały nawet telewizory „Rubin”. Swego czasu pojawiła się oferta sprzedaży Kłomina za 2 mln złotych. Chętny się jednak nie znalazł. A potem na terenie Kłomińskiego miasteczka i jednostki pojawili się Polacy. Rozebrali wszystko. Dosłownie wszystko! Wyważono drzwi z futrynami, okna, pozrywano kable, tapety… Pozostały tylko obskurne ściany, zawalone dachy i pełno walającego się dookoła gruzu. Zdjęcia z mojej wizyty w tym „mieście – widmo” można obejrzeć klikając poniższe zdjęcie.

Gródek

Linkin Park & Pearl Jam w Chorzowie

Już po wszystkim ochłonąłem :). W środę 13 czerwca brałem udział jednym z najlepszych koncertów na jakich byłem. Razem z kolegą Bartkiem do Katowic pojechaliśmy pociągiem z Gdańska o 6 rano. Do Katowic dojechaliśmy zgodnie z planem o godzinie 16. Wtedy jeszcze nie byliśmy świadomi problemów jakie nas czekają. Najpierw się dowiadujemy, że nie ma już miejsc na pociąg powrotny po północy (musieliśmy nim jechać bo w czwartek czekały nas kolokwia i zaliczenia). No nic. Najwyżej kupimy bilety po koncercie, może dostawią jakieś dodatkowe wagony… Kolejną niespodzianką była informacja, że Stadion Śląski nie jest wcale tak blisko jak się nam wydawało. Pytamy ludzi. Tramwaj, 3-4 przystanki i jesteśmy na miejscu. Po 4 przystankach wysiadamy, bo widzimy jakieś jupitery daleko za budynkami – „to pewnie tam!” myślimy. Idziemy. Kawał drogi przeszliśmy i pytamy się przechodnia czy w dobrą stronę a on z niemieckim akcentem „Stadion Slaski? A to tam dalej na tramwaj idźcie, bo tu to stadion GKS-u”. lol. Na tramwaj nie chcieliśmy znowu biletów kupować więc poszliśmy z buta 3 kilometry. Po dotarciu na stadion grała już Coma. Byłem już kiedyś na ich koncercie i nie byłem zbytnio zadowolony toteż nie żałuję, że się spóźniliśmy. Oczywiście dostać się pod sama scenę już było ciężko, więc gdy skończyli grać zaczęliśmy się pod nią przeciskać.

Na Linkin Park nie trzeba było długo czekać. Rozpoczęli od „One step closer”, nawet niezły kawałek na wejście. Publika się rozgrzała. Po trzech piosenkach przyszedł czas na szalone „No more sorrow”. Po chwili ich dwa najpiękniejsze utwory: „Leave out all the rest” z najnowszego albumu oraz „Numb”. Następnie spokojna wersja „Pushing me away”. Muszę przyznać, że przypadła mi do gustu, no bo ile można szaleć, chwila oddechu w spoconym tłumie zawsze się przyda. Cały występ zakończyli z prawdziwym przytupem. Najpierw rapowe „Bleed it out”, a później „Faint”. Ogólnie Linkin Park zrobili na mnie ogromne wrażenie. Zagrali powyżej moich oczekiwań.
Kiedy fani LP opuszczali stadion pod sceną robiło się luźniej więc ja (i tysiąc innych osób) chciało to wykorzystać i dostać się jak najbliżej. Mnie po części się udało ale wytrzymać tam… huh. Jak tam ciasno było to chyba nawet sardynki nie wiedzą. Ledwo dało się oddychać. Ukłon należy się w stronę organizatorów za to, że podawali w kubkach i butelkach wodę (czasem polewali tłum), czego nie było rok temu na Guns n’ Roses w Warszawie, a upał był wtedy jeszcze większy.

Pearl Jam wyszli z prawie pół godzinnym opóźnieniem. Na start zagrali „Rearviewmirror” i „Animal”. Podczas pierwszej piosenki uciekałem spod sceny. Niestety, ale nie dało się tam wytrzymać (no, może i dało ale nie tak chciałem przeżyć ten koncert). W między czasie Eddie zaczął czytać z kartki po polsku – śmiesznie to brzmiało. Kiedy już znalazłem się w mniej ściśniętym tłumie, po chwili usłyszałem riff mojej ulubionej piosenki PJ „Given to fly”. To było coś! Po chwili kolejne świetne utwory: „I am mine” oraz „Even Flow”. Nie zabrakło też „Daughter” wzbogacone o „Another Brick In The Wall” w którym Eddie zmienił trochę tekst na „Bush, leave this world alone” – z tego akurat on jest znany. Dalej piękne „Black” i hit „Jeremy”. Na sam koniec ballada „Indifference”. Koncert miał trwać dłużej ale niestety przez opóźnienia musieli skończyć wcześniej, bo na Stadionie Śląskim nie można grać po 23. A miało być jeszcze min: „Alive”, „Last kiss” (który chciałem koniecznie usłyszeć na żywo) i „Yellow Ledbetter”. No niestety, pozostał niedosyt ale pomimo tego koncert na takim stadionie z 45 tysięczną publiką zrobił ogromne wrażenie. Nie żałuję.

Teraz czekało nas najgorsze: powrót. Miasto pomyślało, bo puściło dodatkowe bezpłatne tramwaje jadące bezpośrednio na dworzec w Katowicach. Natomiast PKP to porażka i kpina na całej linii. Nie puścili ani dodatkowych pociągów, nie dostawili dodatkowych wagonów, nic! Kompletna olewka! Nie pojechaliśmy pociągiem 23:50 z przesiadką w Poznaniu bo był przeładowany. Pozostał ten o 0:37 przez Warszawę, na który nie było już miejsc ale co tam, pakujemy się w niego i tak. Najgorsze, że pomyślało tak samo kilkaset innych osób. W ścisku, na stojąco, tak że przejść nie można było (nawet konduktorzy mieli problemy), bez biletu, dojechaliśmy prawie do Warszawy. W Wawie dużo ludzi wysiadło więc zrobił się luz ale nie na tyle żeby dla wszystkich miejsca siedzące wystarczyły. Niektórzy ze zmęczenia (całkowicie zrozumiałe) spali na ziemi pomiędzy przedziałami. My resztę drogi przesiedzieliśmy w Warsie, bo tam najwięcej miejsca było…
Podsumowując: wspomnienia z koncertu: wspaniałe, z podróży powrotnej: nie.

Eurowizja 2007

eurovision_song_contest_logosvg.png
Czyli jak wśród tandety i kiczu odnaleźć coś wartościowego. Muszę przyznać, że tegorocznym zwycięzcą jestem zaskoczony. Był to jeden z trzech moich faworytów, którzy trzymali jako taki poziom. Poza Serbią typowałem również tenorów z Litwy – kawałek ambitny i w miarę przebojowy ale nie bardzo eurowizyjny. Niestety (albo stety) zajęli miejsce u dołu tabeli (chyba 3 od końca) dostając jedynie 12pkt (max) od Irlandii – najbardziej umuzykalnionego narodu Europy – co akurat nie powinno dziwić, w końcu mają gust… Ostatnim moim faworytem była wokalistka z Węgier. Świetny głos (podobny do Bonnie Tyler) ale piosenka niestety słaba. Gdyby była lepsza wróżyłbym im miejsce w czołówce (mimo to, zajeli cos koło ~10 miejsca). Pozostali to albo byli nijacy albo nadawali się od razu do spuszczenia z wodą w showbiznesowym kiblu (np. Ukraina która zajęła 2 miejsce!!). Inni znowu pomylili festiwale. Taka np. Irlandia nadawała się na festiwal muzyki ludowej a nie komercyjnej… Za to tak jak rok temu świetnie się spisał Artur Orzech w roli komentatora wyśmiewając najpierw co niektórych „artystów” a później przewidując wyniki jakie dany kraj przyzna pozostałym, co jasne pokazuje, że piosenki na tym kicz-festiwalu to sprawa drugorzędna. Polityczna poprawność musi być i już!
Jedyne co NAPRAWDĘ było warte obejrzenia to występ Apocalyptici (w Finlandii jak i całej Skandynawii bardzo popularni).