Kuala Lumpur

W wielkim mieście – Kuala Lumpur

Jestem już w Kuala Lumpur prawie tydzień, więc wypadałoby coś o tym napisać. Po przyjeździe do miasta wsiadłem w skytrain, by dojechać do centrum. Pociąg po kilku stacjach zjeżdża pod ziemię, by za chwilę znów wyjechać na powierzchnie. Jadąc przez centrum wjeżdża w budynki i wije się między nimi. Linia obsługiwana jest bezzałogowo. Staję więc na przodzie i czuję się jak w rollercoasterze. Następnie melduję się w hostelu w Chinatown i ruszam na miasto.
Zaczynam błądzić uliczkami wśród drapaczy chmur. Przygniatają one swą wielkością uliczne restauracyjki i garkuchnie, których jest sporo, ale nie tyle co np. w Bangkoku. W bardziej nowoczesnych dzielnicach nie ma ich wcale, ale to mi nie przeszkadza. Dlaczego? Bo tu wszystko smakuje jakoś inaczej – słabiej. Przyzwyczajony już do tajskich smaków, czuję że malezyjskiej kuchni czegoś brakuje. Albo czegoś jest za dużo. Jest smacznie, ale nie mogę znaleźć niczego, co rozpaliło by moje kubki smakowe (poza cendol, o którym już pisałem). Swoją drogą, cendol wszędzie podają w trochę inny sposób, więc nigdy nie wiesz na jaki trafisz. Ale zawsze smakuje znakomicie.
Kuala Lumpur
Cała Malezja (a zwłaszcza Kuala Lumpur) to niesamowita mieszanka kulturowa. Malajowie (w większości muzułmanie) stanowią większość, ale około 25% mieszkańców to Chińczycy. W mniejszości są również Hindusi, Irańczycy i Wietnamczycy. W KL czuć to każdym kroku. Jak wszędzie Chinatown i Little India. Restauracyjki z każdego kraju, często prowadzone przez całe rodziny. Gdy wchodzę do sklepu nie wiem jakiej narodowości będzie obsługa. Na szczęście to nie istotne, bo z każdym idzie się dogadać po angielsku. Nawet mieszkańcy Malezji nie raz rozmawiają między sobą po angielsku. Nie wszyscy znają dobrze oficjalny język malajski. W metrze rozglądam się po ludziach i próbuję zgadywać kim są. Najłatwiej rozpoznać Malajki, które chodzą w Hidżabach i Hindusów, którzy są ciemniejsi. Z innymi mam problemy.
Kuala Lumpur
Następnego dnia zbłądziłem w miejsce, które marzyło mi się od dawna. Petronas Towers. Od czasu kiedy je zbudowano chciałem je zobaczyć na własne oczy. Stanąć pod tym najpiękniejszym drapaczem chmur i poczuć się malutki. Staję, spoglądam w górę i nie wydają się w cale takie wysokie. Mimo to po chwili zaczyna kręcić mi się w głowie. Te wieże to coś pięknego. No przyznajcie, nie marzyliście o tym, by pracować na powiedzmy 56 piętrze takiego budynku? Albo mieć apartament na takiej wysokości? Podejść do okna, spojrzeć na całą okolice i móc powiedzieć „To miasto należy do mnie!”? Ja chcę, kiedyś taki wynajmę. Póki co, mnie nie stać.
Petronas Towers
By trochę pomarzyć, siadam w parku pod Petronas Towers. To przyjemne miejsce, w samym centrum miasta, zielone i w miarę ciche. Siedzę i myślę, co tu zrobić by mieć apartament z widokiem na miasto i koniecznie z basenem (najlepiej na dachu). Marzenia rzecz piękna. Realizacja ich – jeszcze piękniejsza. Może więc czas zacząć je realizować? O tak! Czas je realizować! Pieniądze przecież nie mogą być przeszkodą!
KLCC Park