Canopy walkway

Pojedynek z dżunglą – Taman Negara

Pojechałem do Kuala Tahan. To wioska, w której kończy się asfalt a zaczyna dżungla – Taman Negara. Jak podają jest to jeden z najstarszych na świecie lasów tropikalnych liczący ileś tam milionów lat. Nie wiem czym się taki las wyróżnia, więc poszedłem to sprawdzić. Dokładnie – poszedłem. Chciałem poczuć dżunglę na własnej skórze.
Kuala Tahan
Za 1 ringgita młody chłopak przewozi mnie na drugą stronę rzeki gdzie znajduje się wejście do parku. Zgłaszam się w recepcji.
– Gdzie idziesz?
– Canopy Walkway i Lata Berkoh.
– Lata Berkoh? To daleko. Masz przewodnika?
– Nie mam, ale mam doświadczenie w chodzeniu po lasach. Nie potrzebuję przewodnika.
– Ale to jest DŻUNGLA! Chcesz iść ponad 8 km w jedną stronę sam?! To jakieś 10 godzin wędrówki w dwie strony. Lepiej żebyś miał kogoś kto zna tą trasę, albo weź łódź, można tam dopłynąć łodzią.
– Popłynąć łodzią to każdy może. Ja chcę tam dojść. Spokojnie, jeszcze nie było tak żebym się zgubił i nie odnalazł. Jak będę widział, że nie dam rady to zawrócę.
– Ok, nie mogę Ci tego zabronić.

Idę na Canopy Walkway. Podobno najdłuższy most na linach na świecie. Przejście go jest bardzo bezpieczne. Aż za bezpieczne. Tak bezpieczne, że aż nudne. Gdzie te poszarpane liny mruczące ze starości jakby zaraz chciały się zerwać? Gdzie odpadające i ruchome deski informujące nas, że każdy kolejny krok może być naszym ostatnim? Niestety, takie mosty to raczej tylko w filmach, nie tutaj.
Canopy walkway
Zaraz potem zmierzam do Lata Berkoh. To podobno jakieś małe wodospady na rzecze 5km stąd.
Po kilkunastu minutach dochodzę do takiego znaku:
Znak
Jako, że jestem przewodnikiem sam dla siebie, kontynuuję marsz. Droga cały czas w miarę wyraźna. Legiony mrówek co rusz przecinają drogę. Latającego paskudztwa prawie nie odczuwam, co jakiś czas jedynie zderzę się z jakąś muchą. Po pół godzinie dochodzę do rozdroża. Co tam zastaję? Rozpieprzony drogowskaz!
Broken sign
Czy to zrobiła matka natura czy człowiek, nie wiem. Pierwszy raz korzystam z mapy. Droga ma iść wzdłuż rzeki, która jest z lewej strony więc skręcam w lewo. Droga okazała się prawidłowa. Mijam kilka strumieni i dochodzę do kolejnego drogowskazu „Lata Berkoh 2,5km”. Dobry znak, bo idę dopiero niecałą godzinę.
Taman Negara
Po 40 minutach dochodzę do jakiejś budki. Cywilizacja! Zaraz, a gdzie jakiś drogowskaz? Nie ma, a droga się skończyła. Jest zejście do rzeki ale prąd tak silny, że nie ma szans by przejść. Poszukam gdzie indziej. Przebijam się przez chaszcze niczym Rambo w poszukiwaniu ścieżki. Znajduję jedną, ale co z tego, skoro zaraz znów jej nie ma. Schodzę do rzeki dzikim zejściem. Woda do kolan, może trochę wyżej. Nurt bardzo silny, ale spróbuję. Ściągam buty i wchodzę do wody. 0,5 metra i się cofam. Nie dam rady, prąd taki, że ledwo mogę utrzymać się na nogach. Co robić, skoro cel jest tuż za drugim brzegiem? Tyle wędrówki na nic? No ale skoro już tu jestem to chociaż się trochę obmyję, posiedzę i odpocznę. Kucam na kamieniu i bacznie obserwuję czy żadne paskudztwo nie wchodzi mi do butów. Jakiś pajączek próbował. Tak się przyczepił, że musiałem go utłuc by go oderwać. Po kliku minutach wstaję. Aaaaaaaaa! Cała moja pięta we krwi! Kiedy, co, jak?! Co mnie uwaliło, że tak krwawię? No tak, pijawka. Wszędzie przez tym ostrzegali. Tylko dlaczego nic nie poczułem? Nie wiem, w każdym bądź razie to znak, że trzeba się stąd zmywać. Nie doszedłem do celu, to prawda. Przegrałem z rzeką. Jednak wolę nie dojść do celu niż nie wrócić.
Taman Negara
Droga powrotna okazuje się dużo gorsza. Tak jak w drodze tam nie miałem problemu z robactwem, tak teraz pijawki atakują z każdej strony. Ciągle jakaś na mnie leci. Pewnie były już przygotowane na to, że będę wracał. Włażą pod koszule i do butów. Nawet przez spodnie się przebijają, by tylko wyssać moją słodką krew. Dostaję paranoi. Każde, nawet najmniejsze swędzenie sprawia, że boję się że to może być kolejna pijawa.

Co zrobić gdy krwawienie po pijawce nie ustaje?
Rozwiązanie jest bardzo proste. Wystarczy przemyć dobrze ranę i „przykleić” do niej kawałek papieru (może być nawet gazeta). Krwawienie się zatrzyma. Plaster się nie sprawdza gdyż nie dotyka rany bezpośrednio.

Wracam na recepcje pogadać z gościem ale już go nie ma. Jest jakiś inny. Pytam się gdzie na tej rzecze jest jakieś przejście na drugą stronę do Lata Berkoh. Doszedłem tam i żadnego nie znalazłem.
– Tam nie ma przejścia. Musisz przejść przez rzekę.
– Ale prąd był tak silny, że nie dało rady.
– Ano tak, teraz sezon deszczowy to głęboko jest. Poza sezonem nie ma problemu z przejściem.
– Czemu mnie nikt o tym nie poinformował? Mówiłem, że tam idę.
– Nie wiem. Rzadko ktoś tam chodzi, nie mamy bieżących informacji o poziomie wody.
– No to teraz już macie. Kosztowało mnie to 4h wędrówki.
– Szybko. Zwykle ludziom zajmuję to około 6-7 godzin.
– Twój poprzednik mnie straszył, że 10. Ale 10 to pewnie z przewodnikiem, który się wlecze jak muł.
– Podziwiam, że w ogóle chciało ci się tam iść.
– Tym się właśnie różnię od innych, że mi się chce.

Po powrocie do Cywilizacji przeglądam w Google zdjęcia z Lata Berkoh. Chcę wiedzieć co straciłem. Na szczęście nie wiele. Od takie tam malutkie wodospady jakie można znaleźć i w polskich górach.

Dżungla to chyba nie do końca moje klimaty. Nie lubię robactwa, chodzenia w długich spodniach w obawie przed ukąszeniami, przebijania się przez ostre chaszcze i poczucia, że wszystko wokół jest nastawione przeciwko tobie. Wolę góry i pustkowia. Do dżungli raczej szybko nie wrócę.