Melaka

Melaka i coś na deser

Singapur, niby małe państwo a zajeło mi 2 godziny przedostanie się do Malezji. Za granicą łapię pierwszego stopa i już chcą mnie zawieźć na dworzec. Mówię, że nie chcę, chcę jechać poza miasto. Mówią mi, że jadą tylko za centrum ale mogą mnie podrzucić na dworzec autobusowy. W tym czasie zaczynać padać – urwanie chmury. „Na pewno nie chcesz jechać autobusem?” pytają. Skusiłem się. Niech mnie gromy, wydałem całe 19 ringgitów (19zł) na autobus do Melaki. W autobusie za to jaka wygoda: tylko 3 fotele w rzędzie i mnóstwo miejsca na nogi. Szkoda, że nie jest to światowy standard.

Z dworca w Melace odbiera mnie moja gospodyni z CS. Nazwijmy ją Pani V. Jedziemy do jej apartamentu, w którym okazuje się że nie mieszka. Od pewnego czasu zamiast wynajmować, udostępnia go Couchsurferom. „Mam mnóstwo spraw na głowie teraz, nie będę miała dla ciebie za dużo czasu. Rób co chcesz, wstawaj i wracaj kiedy chcesz. Jak będzie jakiś problem to dzwoń do mnie. Tu masz klucze.”. Tak w skrócie wyglądało przywitanie się. Miałem nadzieję, że będzie moim przewodnikiem, ale mówi się trudno i idzie się zwiedzać miasto samemu.
Stare miasto Melaki zostało wpisane na listę światowego dziedzictwa UNESCO w 2008 roku. W sumie nie wiem za co. Od takie tam stare kamieniste budyneczki, trochę w stylu kolonialnym. Do tego większość ulic okupują Chińczycy. Bardziej z boku jest Little India. Na prawdę „little”, bo właściwie to tylko jedna uliczka.

Melaka

Melaka

Mamee

Po 2 dniach bezcelowego łażenia po mieście, Pani V w końcu znalazła dla mnie czas (i jeszcze kilku innych gości). Wzięła nas do swojego minibusa i obwiozła po okolicy. Tak obrotnej kobiety dawno nie spotkałem. 60 lat, a energii jakby miała 30. Zabrała nas do pływającego meczetu, zaraz potem na stary chiński cmentarz, a na koniec odwiedziliśmy jeszcze portugalską dzielnicę z czasów kolonialnych. To wszystko takie „must see” z przewodników. Nie lubię tego.
Pływający meczet

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Cendol
To moje pierwsze dni w Malezji więc wypadało by poznać jakiś tutejszy przysmak. Próbuję cendol. Cendol to posiekany lód z fasolą, polany mlekiem kokosowym i karmelem. Do tego zielone żelki. Wygląda jak typowy lodowy deser. Jem ostrożnie, bo nie dość że lodowate to jeszcze smaczne! Przy pierwszym kęsie, czuję jak lód rozpuszcza mi się w ustach schładzając mój oddech do lodowatego. Zaraz po tym karmel z mlekiem osładzają poczucie zimna. Po kilku minutach robi się z tego zupa. Dalej zachowuje smak ale nie jest już takie zimne. Żelki wrzucam do środka. Nie jestem pewien czy tak się robi ale nadal jest pyszne, choć fasola która była na dnie nie bardzo mi do tego pasuje. Mogłoby jej nie być. Polecam na upalne dni (a o takie tu nie trudno). Cendol to „must try” w Malezji. Z czasem mam nadzieję, odkryję jeszcze inne smakołyki. Tymczasem, smacznego!
Cendol