Ko Chang

Ostatni dzień świata na Ko Chang

Ile końców świata już było? Ile ich jeszcze będzie? Nie wiem, nigdy w żaden nie wierzyłem ale każdy z nich to dobry powód by przeżyć ten dzień wyjątkowo. Pojechałem na Ko Chang. Największą wyspę na zatoce tajlandzkiej. Największa nie znaczy najciekawsza. Z resztę wszystkie są podobne do siebie. Wybrałem tą, bo nie wiem dlaczego.

Ting Tong Bar
Wyspa oblężona przez obcokrajowców. Znalezienie bungalowa nie zajmuje sporo czasu. Biorę oczywiście taki z widokiem na morze od strony zachodniej i z hamakiem na tarasie. Jeśli będzie powódź to domek zaleje od razu. Jeśli z nieba zaczną spadać meteoryty to będę miał świetny widok. Barów i imprezowni tu od groma. Tyle, że w większości świecą pustkami. Te lepsze reklamują „World’s End Party” jednak żadne nie oferują niczego wyjątkowego. Wybieram Ting Tong Bar. Siadam, piję Sangsoma, barmani robią fireshow, trochę ludzi tańczy na parkiecie. Wybija północ. Nic się nie dzieje. Może jeszcze nie wszystko stracone? Może trzeba liczyć strefę czasową Ameryki Południowej? Jeśli tak to mam jeszcze 12 godzin. Wytrzymuję jeszcze 2 godziny, zmęczenie bierze górę i idę spać. Budzę się po 12. Dotykam się cały i wychodzę na zewnątrz. Morze dalej walczy z kamieniami, niebo dalej jest niebieskie. Świerzy powiew wiatru oznajmia mi, że końca świata nie było…

A może jednak był? Może poza wyspą nic już nie ma? Dajcie znać czy świat jeszcze istnieje. Ja tu wciąż jestem.