Palma

Słodkie życie na Koh Phangan

Siedząc przez kilka dni w Bangkoku myślałem sporo gdzie wyruszyć dalej na południe. Czas był opuścić wielkiego molocha i udać się gdzieś gdzie jest spokojniej. Do wyboru: Ko Phi Phi, Ko Chang, Ko Samui czy może Koh Phangan? Rzut kostką Rubika zdecydował o Koh Phangan. Dostanie się na tę wyspę nie stanowi większego problemu gdyż oferty autobusowe można znaleźć na każdym rogu ulicy w okolicy Khao San. Tak też robię Około godziny 21 autobus opuszcza Bangkok. Już na sam początek zapodają „Johnny English”. Zaraz potem „Powrót Jasia Fasoli”. Po zryciu bani angielskim humorem w końcu dają szansę się przespać. Nad ranem ląduję w Suratthani. Tu wyrzucają wszystkich na jakimś dzikim parkingu. Dostaję naklejkę na czoło w kolorze zielonym. Okazuje się, że jest to mój bilet na Koh Phangan. Ci co jadą na Phuket, Phi Phi czy Samui mają inny kolor. Teraz sobie dopiero zdałem sprawę, że tu każdy jedzie w inną stronę. Po chwili nadjeżdżają minibusy by zabrać tych z „odpowiednim” kolorem na kolejny parking gdzie czeka większy i mocno zdezelowany autokar. Ten zawiezie ludzi do portu a z portu łodzią już na wyspę. Logistyka pierwsza klasa.

Koh PhanganPalma

WYSPA

Przy porcie czeka już grupa naciągaczy. Kulturalnie ich ignoruję. Ruch na drodze niewielki. Transportu publicznego nie ma więc niemal wszyscy poruszają się na wypożyczonych skuterach. Robię tak samo. Jest to najlepszy i najszybszy sposób poruszania się po wyspie. Taksówki cholernie drogie a ja nie jestem Korzeniowski by wszędzie pieszo zaiwaniać. Ta wyspa nie jest aż taka mała.
Odwiedzam po kolei różne resorty. Za którymś razem trafiam do Shambhala Village. I już wiem – zostaję tutaj. Nie wiem jak wyglądają mieszkania w prawdziwym raju ale wydaje mi się, że niewiele odstają od tutejszych standardów. Koh Phangan (w przeciwieństwie do Ko Samui) swój urok zawdzięcza jednemu zakazowi – zakazowi stawiania budynków wyższych niż palmy. Dzięki temu wszystko jest wkomponowane między zieleń i nic nie przeszkadza w delektowaniu się widokiem rajskiej wyspy. Dodatkowo mam szczęście, że nie przybyłem na wyspę w okresie Full Moon Party, przez co mogę się cieszyć spokojem w pełnym wymiarze. Czasem zakłóci go jakaś pierdząca motorówka, ale to nic przy szumie fal i szeleście palm. Po sniadaniu w przydrożnym barze wyleguję się w hamaku popijając zimnego shake’a. Leżę i nic nie robię, bo właśnie o to chodzi. O wypoczynek od zgiełku i jazgotu i niepotrzebnych ludzi. Od czasu do czasu pójdę zanurzyć się w wodzie. O pływaniu mogę zapomnieć, bo poziom wody jest tak niski, że ledwo sięga do kolan – nawet jak pójdę pół kilometra w głąb morza. To największy minus całej wyspy. Wieczorem gdy zgłodnieję, biorę skuter i jadę na wieczorny market do Thongsala. Zjeść tu można wszystko za cenę trochę wyższą niż na lądzie. Wszystko co trafia na wyspę przypływa z lądu (może oprócz kokosów…) stąd takie ceny. Market jest właściwie jedynym miejscem na wyspie gdzie codziennie „coś” się dzieje. Jeszcze przy głównej Taladkao road znajduje się kilka barów. Można się tam zrelaksować oglądając europejski futbol lub słuchając muzyki z youtube’a. Ku mojemu zdziwieniu nawet tu dotarły prostytutki ale chyba nie mają zbyt wielu klientów gdyż zaczepiają nawet tych co przejeżdżają na skuterach. Po wieczorno-nocnych wojażach można ze spokojem wśród muzyki świerszczy położyć się spać. A jutro zacząć kolejny leniwy dzień…

Ko PhanganKo Phangan

Shambhala ResortShambhala ResortShambhala Resort