Miasto pielgrzymów

Santiago de Compostela Nocleg z Villavieja del Cerro nie należał do najprzyjemniejszych. Wokół stacji benzynowej tylko same pola z ziemią tak twardą, że o wbiciu śledzia można zapomnieć. Do tego wieje. MOCNO WIEJE. CAŁY CZAS wieje, nawet na sekundę nie przestaje! Nazwa mieściny chyba nie przypadkowa. Rano bierzemy się za łapanie stopa do Santiago de Compostela. Ta… żeby mówić o łapaniu to najpierw musi coś jeździć. Tu nic nie jeździ! Po 20 minutach przejechał pierwszy samochód. Czy my w ogóle się stąd wydostaniemy? Jeszcze do tego słońce pali. Po kilku godzinach (już jedna w tą czy w tą nie robiła mi różnicy) nadjeżdża zbawienie, które podwozi nas aż 300km do Lugo! Cierpliwość została wynagrodzona. Stamtąd już ostatnia prosta do Santiago. 420km pokonane dwoma stopami. Nieźle.
Trzeba znaleźć jakiś dom pielgrzyma. Co chwila jakiś pielgrzym zaiwania ale żaden nie gada po polsku ani po angielsku.
No to kogo się spytać?
I po jakiemu?
„Ano po polskiemu” – odpowiada jeden z kolesi siedzących wraz z innymi na murku. Pielgrzymami to oni na pewno nie byli ale wskazać drogę w odpowiednie miejsce dla takich ja my (wędrowców z plecakami) potrafili. No co, też byliśmy pielgrzymami, tylko że autostopowymi. Miasto żyje właściwie tylko pielgrzymami, można ich spotkać na każdym kroku. Przybywają tu w ogromnych ilościach, nie wiem gdzie oni wszyscy nocują. Łapiąc stopa w stronę Portugalii mogliśmy obserwować most, przez który prowadzi Camino de Santiago. Przez 2h jak tam staliśmy cały czas nadciągali pielgrzymi, czasem grupami, czasem w pojedynkę. My przyjechaliśmy, zobaczyliśmy miasto i następnego dnia wyjechaliśmy. Tyle nas widzieli ale za rok planuję przejść Camino de Santiago, więc przynajmniej znam już miejsce docelowe wędrówki.

Santiago de Compostela Santiago de Compostela Santiago de Compostela

Przy okazji zatrzymał się jakiś gość. Od razu wysiada z samochodu, mówi że nas nie podwiezie ale daje mi wizytówkę i zaprasza na swoją stronę. Chciał się tylko zareklamować, no więc go reklamuję ;-).