Grand de Monaco

Wyjazd z Awinionu. Cel -> Monako. No to jedziemy.

Jako tło dźwiękowe do tego wpisu proponuję to.

Wyjazd z Awinionu ciężki ale jakoś się udaje. Gdzieś w okolicach Aix-en-Provence robię tabliczkę „NICE” coby szybciej złapać bezpośredniaka. Coś nie idzie. No to chowam tabliczkę. Mija chwila, zatrzymuje się samochód. Pytam kierowcy dokąd jedzie. On, że do Nicei. No i po co tabliczkę robiłem? Kierowcą okazuje się Marokańczyk Mohamed, który wyemigrował z rodziną do Francji i teraz mieszka w Nicei. Przekonuje, że gdybyśmy łapali w pojedynkę to by nas nie wziął. Ale do pary ma większe zaufanie, dlatego się zatrzymał (ach ten blask w naszych oczach). Mohamed całkiem komunikatywnie mówi po angielsku. Mówi, że podrzuci nas jeszcze do Monako, ale wcześniej zaprasza nas do siebie. Proponuje nam również nocleg. Super. Coucha żadnego nie mamy, ani w Nicei ani w Monako. Ale chcemy zobaczyć Monako nocą… więc niestety nie korzystamy z propozycji. Zapoznajemy się z jego rodzinką. Z okazji naszej wizyty robi ucztę – zamawia trzy pizze! Do tego częstuje owocami (na upał trzydziestostopniowy najlepsze). Zanim ruszymy dalej, jeszcze spacer po mieście. Nicea to raczej miejsce dla turystów-biznesmenów. Same luksusowe hotele, jachty i… brak plaż. Wszystko pięknie zadbane ale nie jest to raczej dobre miejsce dla turysty z plecakiem. Po jakiejś godzinie zbieramy się i ruszamy w stronę Monako. Mohamed proponuje dwie trasy: szybszą albo ładniejszą. Wygrywa opcja druga. Jedziemy długo, kręto, co chwile zatrzymując się na podziwianie przepięknych widoków. Już wiemy co tak ludzi przyciąga na Lazurowe Wybrzeże. Wjeżdżamy do Monako, trochę krążymy po państwie-mieście w poszukiwaniu miejsca do zatrzymania się. Żegnamy się z Mohamedem, daje nam jeszcze swój kontakt do rodziny w Casablance. Może skorzystamy, do Casy jeszcze daleko…

Ja z Mohamedem Nicea Nicea

Monako – raj podatkowy. Jedno z nielicznych państw na świecie gdzie nie ma podatku dochodowego, toteż ludzie pchają się tu z całego świata, a że miejsca jest mało (za Watykanem najmniejsze państwo) jest tu bardzo ciasno. Biurowce i apartamentowce poupychane do granic możliwości. Jedyny supermarket to Carrefour. Po tym jak jest oblężony można wnioskować, że wszyscy Monakijczycy robią w nim zakupy. Po godzinie 20:00 miasto idzie spać. Na ulicach już prawie nikogo nie ma. Ostatni autobus jedzie o 21:00. Jako, że miejsce na cokolwiek jest tu na wagę złota, nie ma tu parkingów i poboczy. Trawniki, skwerki, parki jakieś tam są ale tak małe, że prawie się ich nie widzi. O rozbiciu namiotu w miejscu publicznym nie ma mowy (jest to surowo zakazane). Dlatego trzeba było udać się do hotelu… najlepiej bezgwiazdkowego, darmowego, z widokiem na morze.
Nie ma?
Jest!
Tak! Jest taki hotel w Monako! Położenie jego jest owiane tajemnicą i znają je tylko nieliczni. Ale my znamy. Pomimo, że Monako ma niecałe 2km kwadratowe powierzchni, to poruszanie się po nim jest bardzo ciężkie więc trzeba skorzystać z autobusu – a czasem nawet i z windy. Co jak co, ale winda z ulicy na ulice była dla mnie nie lada atrakcją. W taki sposób to po żadnym mieście jeszcze się nie poruszałem. Po odnalezieniu naszego hotelu, za pomocą noża i kamienia rozpieczętowałem wino marki Bordeaux. Początkowo miało być ono dla hosta z Awinionu, ale zdecydowaliśmy, że francuskie wino za 2 euro to trochę mało za taką gościnę. Kupiliśmy mu chilijskie za 4. I to była dobra decyzja. Gdyby spróbował tego Bordeaux mógłby się jeszcze obrazić… Smak wina był odwrotnie proporcjonalny do widoku z naszego hotelu. Monaco nocą lśni jak bursztyn na brzegu oceanu. Światło ciągnie się od wybrzeża aż po wzgórza na granicy z Francją. Można się w nim zakochać…

Monako Monako Monako

  • Nie sądziłem, że Monako tak upchane :)
    Jak tylko dzieciaki podrosną na pewno zobaczymy to na własne oczy.

    Gratuluję udanej wyprawy