Linkin Park & Pearl Jam w Chorzowie

Już po wszystkim ochłonąłem :). W środę 13 czerwca brałem udział jednym z najlepszych koncertów na jakich byłem. Razem z kolegą Bartkiem do Katowic pojechaliśmy pociągiem z Gdańska o 6 rano. Do Katowic dojechaliśmy zgodnie z planem o godzinie 16. Wtedy jeszcze nie byliśmy świadomi problemów jakie nas czekają. Najpierw się dowiadujemy, że nie ma już miejsc na pociąg powrotny po północy (musieliśmy nim jechać bo w czwartek czekały nas kolokwia i zaliczenia). No nic. Najwyżej kupimy bilety po koncercie, może dostawią jakieś dodatkowe wagony… Kolejną niespodzianką była informacja, że Stadion Śląski nie jest wcale tak blisko jak się nam wydawało. Pytamy ludzi. Tramwaj, 3-4 przystanki i jesteśmy na miejscu. Po 4 przystankach wysiadamy, bo widzimy jakieś jupitery daleko za budynkami – „to pewnie tam!” myślimy. Idziemy. Kawał drogi przeszliśmy i pytamy się przechodnia czy w dobrą stronę a on z niemieckim akcentem „Stadion Slaski? A to tam dalej na tramwaj idźcie, bo tu to stadion GKS-u”. lol. Na tramwaj nie chcieliśmy znowu biletów kupować więc poszliśmy z buta 3 kilometry. Po dotarciu na stadion grała już Coma. Byłem już kiedyś na ich koncercie i nie byłem zbytnio zadowolony toteż nie żałuję, że się spóźniliśmy. Oczywiście dostać się pod sama scenę już było ciężko, więc gdy skończyli grać zaczęliśmy się pod nią przeciskać.

Na Linkin Park nie trzeba było długo czekać. Rozpoczęli od „One step closer”, nawet niezły kawałek na wejście. Publika się rozgrzała. Po trzech piosenkach przyszedł czas na szalone „No more sorrow”. Po chwili ich dwa najpiękniejsze utwory: „Leave out all the rest” z najnowszego albumu oraz „Numb”. Następnie spokojna wersja „Pushing me away”. Muszę przyznać, że przypadła mi do gustu, no bo ile można szaleć, chwila oddechu w spoconym tłumie zawsze się przyda. Cały występ zakończyli z prawdziwym przytupem. Najpierw rapowe „Bleed it out”, a później „Faint”. Ogólnie Linkin Park zrobili na mnie ogromne wrażenie. Zagrali powyżej moich oczekiwań.
Kiedy fani LP opuszczali stadion pod sceną robiło się luźniej więc ja (i tysiąc innych osób) chciało to wykorzystać i dostać się jak najbliżej. Mnie po części się udało ale wytrzymać tam… huh. Jak tam ciasno było to chyba nawet sardynki nie wiedzą. Ledwo dało się oddychać. Ukłon należy się w stronę organizatorów za to, że podawali w kubkach i butelkach wodę (czasem polewali tłum), czego nie było rok temu na Guns n’ Roses w Warszawie, a upał był wtedy jeszcze większy.

Pearl Jam wyszli z prawie pół godzinnym opóźnieniem. Na start zagrali „Rearviewmirror” i „Animal”. Podczas pierwszej piosenki uciekałem spod sceny. Niestety, ale nie dało się tam wytrzymać (no, może i dało ale nie tak chciałem przeżyć ten koncert). W między czasie Eddie zaczął czytać z kartki po polsku – śmiesznie to brzmiało. Kiedy już znalazłem się w mniej ściśniętym tłumie, po chwili usłyszałem riff mojej ulubionej piosenki PJ „Given to fly”. To było coś! Po chwili kolejne świetne utwory: „I am mine” oraz „Even Flow”. Nie zabrakło też „Daughter” wzbogacone o „Another Brick In The Wall” w którym Eddie zmienił trochę tekst na „Bush, leave this world alone” – z tego akurat on jest znany. Dalej piękne „Black” i hit „Jeremy”. Na sam koniec ballada „Indifference”. Koncert miał trwać dłużej ale niestety przez opóźnienia musieli skończyć wcześniej, bo na Stadionie Śląskim nie można grać po 23. A miało być jeszcze min: „Alive”, „Last kiss” (który chciałem koniecznie usłyszeć na żywo) i „Yellow Ledbetter”. No niestety, pozostał niedosyt ale pomimo tego koncert na takim stadionie z 45 tysięczną publiką zrobił ogromne wrażenie. Nie żałuję.

Teraz czekało nas najgorsze: powrót. Miasto pomyślało, bo puściło dodatkowe bezpłatne tramwaje jadące bezpośrednio na dworzec w Katowicach. Natomiast PKP to porażka i kpina na całej linii. Nie puścili ani dodatkowych pociągów, nie dostawili dodatkowych wagonów, nic! Kompletna olewka! Nie pojechaliśmy pociągiem 23:50 z przesiadką w Poznaniu bo był przeładowany. Pozostał ten o 0:37 przez Warszawę, na który nie było już miejsc ale co tam, pakujemy się w niego i tak. Najgorsze, że pomyślało tak samo kilkaset innych osób. W ścisku, na stojąco, tak że przejść nie można było (nawet konduktorzy mieli problemy), bez biletu, dojechaliśmy prawie do Warszawy. W Wawie dużo ludzi wysiadło więc zrobił się luz ale nie na tyle żeby dla wszystkich miejsca siedzące wystarczyły. Niektórzy ze zmęczenia (całkowicie zrozumiałe) spali na ziemi pomiędzy przedziałami. My resztę drogi przesiedzieliśmy w Warsie, bo tam najwięcej miejsca było…
Podsumowując: wspomnienia z koncertu: wspaniałe, z podróży powrotnej: nie.